piątek, 2 maja 2014

prologue

" wtorek 28 kwietnia 1999

Rano obudziła nas skacząc po łóżku, że jest śliczna pogoda i mamy korzystać z dnia a teraz biega po działce z psem sąsiada i nową lalką którą wczoraj dostała od swojego ojca na czwarte urodziny. Jestem szczęśliwa widząc jak moje dziecko cieszy się życiem razem ze mną i moim mężem który właśnie siedzi na krześle ogrodniczym i popija sok z opiekunem psa który teraz razem z małą wariuje po podwórku.
- Mamo! - krzyknęła do mnie jednocześnie biegnąc w moją stronę z soczysto różowo-białą stokrotką w ręce i zabawką pod pachą by nie spadła na ziemie - mam dla ciebie pięknego kwiatka! - nadal piszczała z podniecenia, że znalazła taki okaz, podała mi go do ręki i w końcu wzięła lalkę z pod pachy w rączki i czekała aż coś powiem.
- Jest śliczna Skyler - przysunęłam go do nosa i powąchałam przymykając oczy - mmm, ślicznie pachnie - odłożyłam go na koc na którym sama leżałam i podziwiałam moje dzieciątko które zachichotało zanim znów odbiegła szukając podobnego kwiatuszka do tego który leżał koło mojego uda.. "

Czytałam notatnik mojej mamy lecz przeszkodziło mi pukanie do moich dębowych drzwi od pokoju zanim coś powiedziałam szybko schowałam brązowy stary zeszyt pod poduszkę i powiedziałam, że osoba która chyba bardzo chciała coś mi powiedzieć mogła otworzyć drzwi i przekroczyć ich próg gdzie zaczynała się podłoga o jaśniejszym kolorze niż w przedpokoju na piętrze gdzie gustował ciemny kolor pasujący do ramek zdjęć wiszących na ścianach aż do schodów prowadzących na parter gdzie znajdowała się główna część mieszkania mojej rodziny.
- Skyler zrobiłam dziś pyszny obiad, zejdziesz? - powiedziała w średnim nawet młodym wieku kobieta która pełniła role mojej nowej matki. Suzanna-Anne Jones od kilku lat jest w związku z moim ojcem, myślałam, że nie znajdzie innej miłości po śmierci mojej matki a jednak jest zaręczony od dwóch miesięcy z Suzanną która nie na widzi jak mówię na nią Suz lub w ogóle po imieniu, chce bym nazywała ją "mama" ale nie umiem dlatego sprawia mi przyjemność jak wkurzam ją moimi głupimi ksywkami lub inne rzeczy których nie na widzi tak jak ja jej, może i stara się być dla mnie dobra, ale ja i tak swoje - Twoja ulubiona pieczeń mmm - zaśmiała się próbując usunąć mój grymas obrzydzenia z twarzy która była cała blada patrząc na jej piegowatą twarz z wesołym uśmieszkiem.
- Nie - powiedziałam bez sensu chodź chciałam by przestała się uśmiechać. Na jej twarzy pojawił się smutek i już chciała wyjść lecz zatrzymałam ją - Czekaj, nawet jestem głodna - wstałam i podeszłam do niej widząc, że ponownie się uśmiechnęła a ja znów tego nie odwzajemniłam. Nie umiem się uśmiechać jeżeli wiem, że brakuje mi mojej mamy, jej uśmiechu, jej zapachu, dotyku, oczu, koloru jej oczu tak zdecydowanie koloru jej ślicznych wielkich niebieskich zawsze szczęśliwych oczu które dzień w dzień witały mnie każdego poranka i żegnały każdego wieczoru aż do pewnego dnia.. Moja mama dostała prace w Nowym Jorku, musieliśmy się wyprowadzić i zostawić wszystko co dla nas ważne czyli rodzinę, przyjaciół i nasze mieszkanie, ja i mój tata mieliśmy tydzień rozłąki z mamą bo ta musiała polecieć do tamtego miasta by podpisać papiery od pracy, nowego przedszkola dla mnie i mieszkania które prawdopodobnie miało być ogromny bo miałam mieć braciszka lub siostrzyczkę, jak miało być tak się stało wyjechała powoli mijał tydzień a my z tatą byliśmy prawie spakowany. Moja rodzicielka powiadomiła telefonem mojego ojca, że za godzinę ma samolot do Ottawy mojego rodzinnego miasta, ucieszyłam się ogromnie, że znów będę mogła ją przytulić i dotknąć jej długie złociste blond włosy na których uczyła mnie robić warkoczyki, na końcu rozmowy powiedziała mi i tacie, że strasznie mnie kocha tak samo jak jego. Rano miałam zostać u dziadka i babci którzy mieszkali kilka ulic dalej a tata miał jechać na lotnisko by odebrać mamę lecz plany się zmieniły. Tata bardzo wczesnego ranka a nawet jeszcze nocy zabrał mnie do samochodu w piżamie i pościelą w której smacznie spałam, obudziłam się dopiero w samochodzie jak szybko i gwałtownie zamknął drzwi od swojej strony, nawet nie wiem czy zamknął je dobrze, tak samo jak gwałtownie je zamknął wyjechał spod pojazdu naszego ślicznego domku w stronę jakieś ciemnej ulicy którą rozświetlały tylko lampy. Co chwile pytałam się taty cieniutkim głosikiem co się stało i czy coś zrobiłam, ale on tylko mnie uciszał łagodnym głosem, że nic nie zrobiłam i mam spać. Po kilku minutach znów zabrał mnie z samochodu do domu moich dziadków mimo późnej/zbyt wczesnej pory były zapalone światła, otworzył drzwi nie pukając oddał mnie babci która też nie chciała mi nic powiedzieć, pierwsze co przyszło mi na myśl to, to, że samolot przyleciał wcześniej, ale z przyjazdu mamy babcia cieszyła by się a nie płakała i modliła się w kuchni do krzyża wiszącego nad drzwiami.. gdy zasnęłam mój tata wrócił przynosząc rodzicom mojej mamy złe wieści, samolot którym miała przylecieć do stolicy Kanady rozbił się kilka kilometrów za Montaną co było zjawiskowe bo nawet ja wiedziałam, że Montana jest na przeciwko NYC a on sam jest koło Kanady więc powinna lecieć w drugą stronę, ale zostawiłam ten temat.. miałam pięć lat gdy moja matka zmarła po tym zamieszaniu i wszystkim tata chciał coś zmienić rok po śmierci mamy i nie narodzonego rodzeństwa mieszkaliśmy już od miesiąca na przedmieściach Stanford, tata chciał bym miała nowych przyjaciół i znajomych, zmieniła otoczenie, ale jedynie co mam to jego Suzanne i jej syna który jest z jej wcześniejszego małżeństwa, Jaxon ma dziewiętnaście lat tyle co ja, na razie oby dwoje nie mamy zamiaru opuszczać mieszkania, on chodzi na studia tak samo jak ja, ale teraz już się zbliża lipiec komu chce się chodzić do szkoły?
- Sky podasz mi sól - powiedział Jaxon kopiąc mnie z naprzeciwka pod stołem, wiedział, że kocham wkurzać jego mamę przezwiskami więc sam zaczął mi je dawać chodź zam nie ma najlepszych kontaktów z matką więc nie mam żadnego pojęcia czemu ją broni, chyba, że lubi wkurzać mnie to już jest inna historia bo ja też aż kocham wkurzać go gdy co noc nie ma mojego taty i Suz wychodzących na nocne zmiany do biura a on zaprasza to kolejne laski ze szkoły.
- Jest koło ciebie leniu - również go kopnęłam, ale z mniejszą siłą i pokazałam na solniczke wymachując widelcem w jej stronę na co usłyszałam jego śmiech i uwagi taty bym była ostrożna.
- Skyler, idziesz juto na te urodziny? - w końcu powiedziała macocha, prawie macocha później popijając łykiem miętowej herbatki którą miał każdy po swojej prawej stronie koło widelca a po drugiej stronie jak zawsze u nas leżał nóż, nawet nie wiem czy to nie kładło się odwrotnie?
- Nie wiem, nie mam nawet prezentu a i tak po co? - wiedziałam, że zaraz powie swoim słodkim głosikiem który kochał mój tata a obrzydzał mnie jak i Jaxona "Skyler, skarbie musisz się zabawić, wyszaleć, poznać kogoś" tak jak myślałam tak i powiedziała na co jej syn zadrwił mówiąc, że jestem nudziarą i nie mam znajomych..
- Mam znajomych, nie wtrącaj się nie potrzebnie głupku - znów walnęłam swoją stopę w jego piszczel wiedząc jak to boli nie chciałam bardzo mocno tego zrobić, on mi tego nie robi to czemu ja mam to robić?
- Jazz się nie liczy ona też nie ma znajomych, chyba, że ty i kilka osób z waszej klasy - dokończył swoje jedzenie i wstał by odłożyć naczynia do zmywarki cały czas patrzył na czyste niebo za dużym kuchennym oknem które znajdywało się za moim tatą i jego siedzeniem, gdy miał już wyjść szybko wstałam i powiedziałam donośnie.
- Pójdę na urodziny, będę się dobrze bawić i nie mam zamiaru zamartwiać się przez takiego dupka jak ty, nie znasz mnie więc nie wiesz ilu mogę mieć znajomych - Powiedziałam idąc do zmywarki odkładając naczynie i słyszałam jak tata i Suzann próbują byśmy trochę się opanowali, chłopak wyszedł a ja za nim zostawiając ich samych w kuchni i wróciłam do swojego pokoju zamykając drzwi na zamek, usiadłam na łóżku wyciągając notatnik spod poduszki lecz rozmyśliłam się nie chcąc już tego czytać, za dużo na dziś, zamieniłam zeszyt z białym laptopem który był tylko "wstrzymany" by karty na których siedziałam się nie zamknęły, wpisałam swoje hasło i poprawiłam się wygodnie na łóżku..

                                                                                                                 

czytasz = komentujesz

to mój nowy blog tym razem o Justine, Skyler i ich wspólnych kłopotach.
chciałam tak na powitanie napisać, że bardzo starałam się napisać długi prolog więc jeżeli się coś nie udało czy są jakieś błędy proszę nie pisać tego w komentarzach jak niektórzy potrafią robić i to jest nie miłe jak mam pisać swoje własne opowiadanie:) dziękuje za przeczytanie i zapraszam na następne rozdziały które (najdłużej) będą się pojawiać co tydzień,
jeżeli już (hahahahahaha nie ; - ;) spodobało się wam opowiadanie i chcecie być w jakiś sposób informowani napiszcie swoje twittery w komentarzach, mój poznacie w kolejnych rozdziałach:) 02.05 nowy rozdział pojawi się najpóźniej 10.05

2 komentarze:

  1. Świetny ;) Jedna uwaga; nienawidzi pisze się razem, a poza tym super ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mi poprawiało, że oddzielne więc pisałam tak jak poprawiało, ale dziękuje słoneczko <3

      Usuń